sobota, 27 lutego 2010

36., Paweł motywuje i cel na 10

Dziś odwiedził mnie i panią J.M. Paweł - trzykrotny Mistrz Polski amatorów w maratonach MTB.
Tu można poczytać trochę więcej o tym zacnym Panu. Długo w noc dyskutowaliśmy o treningach, motywacji, celach sportowych i w ogóle o... życiu.

Tak się złożyło, że akurat były to moje urodziny, więc wyjątkowy prezent zrobił kolega swoim przybyciem.

Zbiegło się to wszystko z ugruntowaniem w mojej głowie celu na ten rok. Odległy to cel - bo we wrześniu. Chodzi o te zawody. Oczywiście dystans krótszy. Dłuższy musi poczekać.

Pozostało 27 tygodni. Dużo i mało.
Mało, bo pływanie w powijakach. Nawet jeśli do końca marca osiągnę pełny styl, to gdzie mi do przepłynięcia 1,9 km? To będzie wymagało dużego nakładu pracy.

Dużo, bo w takim czasie spokojnie zdążę zbudować i bazę w rowerze i w bieganiu, i jeszcze ją rozbudować specyficznie pod ten wyścig. Tak, żeby taki dystans pokonać, jak to określił Paweł: "w komforcie".

Założenia? Dotrzeć do mety.
Spekulacje? A jakże. Najgorzej będzie z pływaniem. Ale chyba w 60' dam radę. Rower? W drugim wpisie na tym blogu opisywałem start w zawodach w Zielonce. Tam, na góralu z grubymi oponami na 40-kilometrowej trasie utrzymałem prędkość 33 km/godz. Jeśli przesiądę się na szosówkę (której nie mam) lub pojadę na góralu na cieniutkich slikach, może 35 km/godz. utrzymam. Załóżmy 165'. Bieg? 120'. Plus 10' na zmiany.
Razem daje to wszystko 355', czyli pięć godzin i pięćdziesiąt pięć minut. Takie są spekulacje.

Gorzej będzie z motywacją. W tym mam braki równie duże jak w kraulu. Utrzymać bojowy nastrój przez pół roku nie będzie łatwo.

Ale co Paweł, chyba trzeba spróbować, nie?

piątek, 26 lutego 2010

I znów basen

Wczoraj wróciłem z basenu przed 23, a dziś na basenie - 6.30.

czwartek, 25 lutego 2010

Basen znów

Tym razem późnym wieczorem.

wtorek, 23 lutego 2010

Basen

Tak, porannie. Na basen. Do końca marca osiągnę pełny styl. Takie jest założenie i wiem, że je zrealizuję.

sobota, 20 lutego 2010

W tę i nazad - cóż za radość. W stronę Sedlaka

Wybraliśmy się z panią J.M. w Góry Świętokrzyskie. Ale nie po to żeby popodziwiać widoki. Cel jest konkretny - trawers Łysogór i powrót tą samą drogą. Św. Katarzyna, Łysica, Kakonin, św. Krzyż.
Tę trasę pokonywałem wielokrotnie. Ale tylko w jedną (lub drugą stronę) - pieszo, rowerem. Zawsze wydawała się długa, ciężka, po pokonaniu jej - było dość, wystarczająco. Teraz porwaliśmy się na pochłonięcie jej w całości - z parkingu na parking.
Nie są dziłem, że się uda. NIe to żebym wątpił. Ale to jednak kawał. 36 km. Dawno nie przeszedłem tyle jednego dnia. Jeszce w górach. Zimą. Po śniegu. No właśnie - śnieg. Na zejściu z Łysicy okazało się, że już trochę śnieg rozmiekł. Pani J.M. dużo lżejsza niczym kozica przebiegała po powierzchni. Ja zapadałem się co krok. Po kolana, po kostki, po kolana, pół łydki, kostka, kostka, kolano, kolano, kostka, pół łydki. Żadnego rytmu, żadnej przewidywalności. Męka. A kobieta gdzieś daleko z przodu. Albert, kobieta mnie bije!!!
Brnęliśmy przez breję aż w końcu padło hasło, że jeszcze godzina i jeśli nie dojdziemy, trzeba zrobić odwrót. Po 15 minutach okazało się, że to już koniec lasu - wyszliśmy na pole, a nim do szosy prowadzącej na św. Krzyż. Cóż za radocha.
Wbiegliśmy na górę asfaltem. Sporzyliśmy hot-dogi z tajemniczej, spowitej mgłą budki przed klasztorem i pognaliśmy z powrotem. Przez całą drogę towarzyszył nam niebieski wysłannik.





Mam jakiś niezwykły sentyment do Łysogór.
A wymiar mistyczny pojawił się, gdy zetknąłem się ze spóścizną księdza Sedlaka.
Dziś miliony ludzi na świecie zachłystują się "Zaginionym symbolem" Dana Browna i neotycznymi rewelacjami, które ów autor zgrabnie upowszechnia.
Sedlak już w latach 70. XX w. pisał o tych sprawach. Więcej, stworzył całą hipotezę mechanizmów - w jaki sposób człowiek może swoim myśleniem wpływać na materię.
Środowisko naukowe Sedlaka wyśmiało, odrzuciło, dziś jest niemal zapomniany.
Gdyby żył za Oceanem, pewnie byłby wielkiem guru.
Ksiądz Włodzimierz przez wiele lat żył skromnie w mglistym klasztorze na św. Krzyżu.

Trwawers przepełnił mnie radością. Spotkanie z tymi górami, z tym klasztorem i jakby nie było mały sportowo-turystyczny wyczyn na moją własną miarę. Jednodniowa pielgrzymka w intencji dobrego roku.

piątek, 19 lutego 2010

1/2 Fe Hombre

Muszę katować pływanie, inaczej nici z tegorocznych planów.
We wrześniu ma być rozegrany start jak w tytule. Trzeba poprawić różne elementy. Ale pływać kraulem to ja nie umiem. Więc znów basen, basen, basen...

czwartek, 18 lutego 2010

Na starość trąci

Pewnie minie miesiąc, nim osiągnę pełny styl. Ale czym skorupka za młodu...

poniedziałek, 15 lutego 2010

Witaj brodziku

Znów wskoczyłem do wody. Po przerwie trzeba sobie przypomnieć ruchy. Początki zawsze są trudne.

niedziela, 14 lutego 2010

Resztki śniegu

Zima jeszcze trzyma, śnieg w stolicy leży, więc trzeba korzystać. Wybraliśmy się z panią J.M. do Lasu Kabackiego na biegówki. Pętla i to taka skrócona, więc ok. 9 km w 1 22'. Nie ma mocy. Szliśmy rekreacyjnie, ale czuję, że po prawie dwóch tygodniach biegania w Tatrach organizm się zmęczył i potrzebuje czasu na regeneracje. Wycieczka jednak niezwykle miła. Z resztą w towarzystwie tej pani nie może być inaczej.

czwartek, 11 lutego 2010

Dzień ostatni

Poświęciliśmy na przypomnienie rozmaitych metod wyciągania partnera, ale również, co było najbardziej pouczające i nowe, naukę spadania po śnieżnym stoku. Dokładniej - hamowanie z czekanem i bez. Cóż to były za zjazdy na plecach głową w dół po jednak dość stromym stoku. Wspaniale.

Tatry - na razie.

wtorek, 9 lutego 2010

Przez Granaty

Kolejny dzień łojenia. Tym razem udaliśmy się na lodospad tuż nad Zmarzłym Stawem. Po kilku dniach obcowania z dziabkami i rakami przebiegam po tym 80-stopniowym lodzie bez większych trudności. Na wędkę. Na prowadzenie - brak motywacji. Napięcie związane z codzinnym niemal pokonywaniem przestrzeni w pinie już odcisnęło swoje piętno. Nie mam "spręża" na taką przygodę.
Ruszamy więc na trawers Granatów.
Wbijamy się stromym kuluarem na Zadnią Sieczkową Przełączkę. Z niej kilka metrów na Zadni Granat. Potem Pośrednia Sieczkowa Przełączka. Pośredni Granat. Skrajna Sieczkowa Przełączka. Skrajny Granat. Tu tłum ludzi. Powietrze przejrzyste. Słońce jakiego chyba nie bylo jeszcze na kursie. Trwawers jest dość lufiasty. Staram się iść ostrożnie, co dość spowalnia marsz, więc ciągnę się w ogonie.
Dalej podążamy przez Pańszczycką Przełączkę Wyżnią, Zadnią Pańszczycką Czubę, Pańszczycką Przełączkę Pośrednią, Skrajną Pańszczycką Czubę i na Pańszczycką Przełęcz. Niesłychane widoki. W dole staw ukryty pod pierzyną grubej chmury. Tam ciemno, tu świetliście. Tam mrocznie, tu radośnie. Z przełęczy schodzimy w ten cień. To ostatni dzień ostrego napierania. Jakoś bardziej zbliżyłem się do gór.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Raz jeszcze na Czubę

Naparliśmy na Potoczka - raz jeszcze. Tym razem z sukcesem.
Pani J.M. pociągnęła na raz dwa wyciągi - kawałek przeszliśmy z lotną.
Kluczowe dwa wyciągi poprowadził J.Cz.
Ostatnie dwa - ja. Znów na raz, czyli końców z lotną. W śniegu po jaja w pionowych kosówkach.
Tym razem świeciło piękne słońce.
Droga z pięknym, lufiastym trawersem pod przewieszającą się ścianką.
Pierwsze nasze wejście na kursie na jakiś konkretny pik.


sobota, 6 lutego 2010

Skrajny Granat

Środkowe Żebro.
Droga z miejscem V-. Płyty przysypane śniegiem. Tu dopiero poczułem, co znaczy stanąć zębem raka na stopieńku, zahaczyć dziabkę o skalną listewkę. Piękna droga w pięknej pogodzie. NIestety, brak zdjęć z przejścia nie pozwoli zakręcić się łezkom w oku na starość podczas wspominków.

Kto wprawny, może wypatrzy tu owe żebro.


czwartek, 4 lutego 2010

Laboratorium

Całe pokolenie polskich taterników zimowych szkoli się w jednym miejscu nad Czarnym Stawem. To tzw. Laboratorium.
Można się rejonowi przyjrzeć tu. Tu zaznaczona jest również lodowa nitka, o której kilka dni wcześniej
Tym razem udaliśmy się na prawo od Laboratorium, na Bulę pod Kotłem Kościelcowym, aby złomotać drogę Kochańczyka.
Z tego względu, że w rejonie operowało kilka kursowych zespołów, a w drogę wcześniej wbili się koledzy, najpierw zadziabaliśmy dwa wyciągi na lewo od właściwej drogi, a potem przebiegliśmy i po niej. Choć pewnie zdaniem instruktora J.Cz. o biegu w pionie absolutnie nie mogło być mowy.

środa, 3 lutego 2010

Wiało

Nad ranem, ok. 5, wiatr wzbudzał poruszenie wśród desek Betlejemki. Momentami cały budynek delikatnie drgał. Na zewnątrz śnieżna zadymka. Wyruszamy na drogę Potoczka na Czubie nad Karbem.
Na Czarnym Stawie śnieg siekł twarze lodowymi krupami. Zawierucha, że ledwo było widać na jakieś sto metrów. Na podejściu instruktor torując drogę, obsunął się dobre dwadzieścia metrów z obsuwem śnieżnym - niewielką lawinką. Podeszliśmy jeszcze kawałek i zdecydowaliśmy się na odwrót.
Gdy przemierzaliśmy dalej Czarny Staw, wiatr jeszcze się nasilił. Trudno było ustać na nogach. Czasem zatrzymywaliśmy się i odwracaliśmy plecami do wichru wiejącego od Granatów, by przeczakać najgwałtowniejsze podmuchy. W pewnym momencie J.Cz. idący w plastikowych butach został powalony przez wicher na lodową taflę.
Dotarliśmy do zacisznego zakątka pod skały i poćwiczyliśmy technikę hakową starą metodą podciągu. Po południu wiatr ucichł.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Lodowa nitka

Przed dwa dni katowaliśmy dziabkami i raków zębami lodową nitkę pod Zmarzłym Stawem. Nauka poruszania się w lodzie dobra rzecz. Przy okazji - powtórka wszelkich technik i obsługi sprzętu.