sobota, 20 marca 2010

Zawody strzeleckie w Falenicy

Równo tydzień po pierwszym biegu - znów zawody w Falenicy. Trzy pętle, 21 podbiegów, 280 metrów przewyższenia itd. Założenie było. Lajtowo dobiec do mety, bez napięć. No ale powstrzymaj się człowieku - wypatrzyłem dwa cele do wyprzedzenia.
Ale od początku.
Strategia przed startem przewidywała, że biegnę dwa kółka spokojnie - na trzecim idę w trupa. Już po pierwszym podbiegu okazało się, że przede mną biegnie jeden potencjalny cel. Za chwilę wyprzedził mnie drugi. Na kilku innych biegach cele biegały szybciej ode mnie. Postanowiłem potrzymać się obu (zwłaszcza, że cele ścigały się między sobą) i zobaczyć, czy dam radę dotrzymać im kroku.
Drugie kółko, drugi podbieg - cel nr 2, ten który mnie wyprzedził, ledwo ciągnie pod górkę. Wydaje mi się, że nie ma sensu już po raz chyba trzeci zwalniać i trzymać się za plecami celu. Wyprzedzam przed szczytem. Drugi cel (czyli nr 1) odskoczył kawałek. Sądzę że jest mocny, ma jeszcze spory zapas. Widzę jak z lekkością wyprzedza innych. Wyskakuję ze ścieżki, walę przez śnieg, mijając wcześniej miniętych przez mój cel. Muszę trzymać się za nim, jeśli chcę go ustrzelić. Postanawiam trzymać się jego pięt przez całe drugie okrążenie. Jednak czwarty podbieg na drugiej pętli i znów to samo co z celem nr 2. Żeby trzymać się za nim, muszę mocno zwolnić. Nie ma zmiłuj - cel ustrzelony.
Jeszcze więc nie skończyłem drugiej pętli, a ustrzeliłem oba cele. Oglądam się za siebie co jakiś czas i widzę, że nie ma szans na pościg z ich strony. Zwłaszcza, że to były moje cele, ja ich - nie byłem. Pewnie cele nawet nie miały pojęcia, że są na muszce. Bieg stał się nieco nudny. Muszę przemęczyć jeszcze jedno kółko, a tu kolka - i to tylko na płaskim, bo na podbiegach odpuszcza. Co tu robić, żeby nie bić się z własnymi myślami przez ostatnie okrążenie?
Ostatni podbieg drugiej pętli i wyprzedza mnie para. Cholera. Kawał mi odchodzą. Nie dam rady ich dopaść, a innych, nowych celów jak na lekarstwo. Idę więc taktycznie, submaksymalnie. Tak, żeby mi nie odeszli poza zasięg wzroku. Spróbuję ich "zjeść" na ostatnich dwóch podbiegach.
Ostatnie kółko to bieg w błocie zwątpienia (bo że buty w nim grzęzły, to nie muszę mówić - w lesie rozmięknięty śnieg, lód i błocko. To oczywiste o tej porze roku, po takiej zimie). Więc nie ma mentalnej mocy, by sobie powiedzieć jasno - mam ich, to tylko kwestia czasu. Jest stale powtarzające się hasełko (tłucze się od ucha do ucha): są za daleko, za daleko, za daleko, są za daleko, daleko...
Walczę z kolką i hasłem. Czuję w nogach moc, że jeszcze mogę, ale hasło i kolka, na przemian. Ostatnie dwa podbiegi. Biegnę z oddechem co krok. W gardle świszcze. Przedzawałowo. Na pierwszym podbiegu - trochę zmniejszyłem dystans. Drugi, ostatni - albo teraz, albo nic z tego.
Przyciskam. Dam radę - taki sztandar wywieszam w głowie. Już tylko to się liczy. Dwie niebieskie podkoszulki i mój oddech. Do szczytu wzniesienia jeszcze 10 metrów, a oni przede mną. W końcu na samej górze dopadam jego. Wypuścił ją, chyba szybciej ona biega, machnął by gnała do mety. Pięć metrów od rozpoczęcia zbiegu wyprzedziłem. Mam i ją! Potem zwolniłem nieco. Słyszę za plecami, że próbuje dotrzymać mi kroku. Sto metrów przed metą rozpocząłem finisz. Ona nie ma szans. Jestem strzelcem wyborowym.

1. pętla: 18'48''
2. pętla: 18'45''
3. pętla: 18'02''

Czas łączny: 55'36''

1 komentarz:

  1. wspaniały opis, wspaniały bieg, wspaniały wynil. Gratulacje!!!!

    OdpowiedzUsuń