wtorek, 6 kwietnia 2010

Z notatnika pseudopolarnika - 3.

Poranek na podobnych wycieczkach zwykle wygląda tak samo. Człowiek ledwo oko otworzy, wychyli głowę z puchowej mumii, już mu zimno. Trzeba nakopać śniegu do garnka, rozpalić kuchenkę i wsłuchiwać się w szumiący palnik przez godzinę czy dłużej. Zanim śnieg się roztopi, a potem woda się zagotuje, upływa dużo czasu. A tu przecież jest ciepło, a nie 20 stopni na minusie. Potem trzeba zasypać śniadanie do menażki i zalać je wrzątkiem. Jeszcze dwa litry wody do dwóch termosów i gotowanie skończone. Zaraz trzeba będzie wychynąć z namiotu i spakować cały majdan.


Trudności z oceną odległości i nawigacją dziś ujawniły się na starcie. Poprzedniego dnia, siedząc na werandzie w schronisku, oceniałem, że szlak wiedzie pewną doliną. Zwykle nie mam problemów z orientacją w terenie. Okazało się oczywiście, że nasza droga biegnie w inną stronę. Nawet kompas nie pomaga.
Mozolnie pniemy się pod przełęcz. Potem wychodzimy na wierzchowinę - nieco powyżej 1300 m n.p.m. Widoczność słaba. Może 300 metrów. Pierwszego dnia widzieliśmy masę turystów na skuterach. Poprzedniego dnia - na trasie nie spotkaliśmy nikogo, choć w schronisku parę osób było. Dziś też pustka. Nagle wzdłuż rzędu kijków podąża podobnie jak my objuczony samotny jegomość. Zbliżamy się do siebie i trudno, byśmy nie przystanęli na rozmowę.
Niemiec. Ok. 45 lat. Ciągnie niewielkie pulki. Przecina cały płaskowyż z północy na południe.


Dzięki niemu dowiadujemy się, że szlaki zimowe biegną inaczej niż te letnie. Wyjaśnienie naszych rozlicznych problemów z nawigacją (droga zwykle prowadziła inaczej niż ta zaznaczona na mapie). Teraz dopiero możemy ustalić, jak będzie do końca wyglądać trasa naszej wycieczki. Wiemy ile jesteśmy w stanie przejść (dwa dni doświadczeń) i którędy wiodą wyznakowane ścieżki. Właśnie tu zmieniamy plany - chcieliśmy się rzucić na przełaj przez góry, ale w tych warunkach (słaba widoczność), przy tych trudnościach nawigacyjnych (wszystkie dolinki i szczyty wyglądają tak samo) chodzenie własnymi drogami zajęłoby mnóstwo czasu (ciągłe pilnowanie mapy, kompasu, GPS-a) i pewnie poruszalibyśmy się o wiele wolniej.
Pocinamy więc do kolejnego schroniska. Rauhelleren. Wpadamy tam po ok. 6 godzinach marszu od wyruszenia z Marbu. Napełniamy termosy wodą (zawsze to krótsze gotowanie) i rozglądamy się po zebranych. Jest tu kilku Brytyjczyków. Klapki, puchowe kurtki, herbatki. Patrzą na nas trochę jak na kosmitów. W sumie może i wieje tego dnia, ale nie aż tak, żeby dzień spędzić nie wyściubjając nosa poza cztery ściany. Chwila przerwy i tniemy dalej.

Zmierzamy na południe - przez jezioro, a potem ok. 150 metrów podejścia na kolejną wierzchowinę. Anglicy pewnie spoglądają na nas przez okna i zastanawiają się - co za wariaci.
Maszerujemy do godz. 19. Wiatr się wzmaga. Rozbijamy namiot w połowie drogi do kolejnego schroniska - Lagaros (które, wiemy o tym, jest zamknięte). To najodleglejszy punkt od startu naszej wycieczki, jaki osiągnęliśmy. Tego dnia przeszliśmy blisko 25 km.
Już leżąc w namiocie słyszymy wzmagający się wiatr. Noc miała należeć do paskudnych.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Z notatnika pseudopolarnika - 2.

Pogoda nie rozpieszcza.
Niskie chmury. Biało, nie ma na czym oka zawiesić.
Wystartowaliśmy ok. godz. 9, by po godzinie zjazdów (zjazd na nartach z pulkami to prawdziwa przygoda - zwłaszcza, kiedy sanki wyprzedzą narciarza) docieramy do schroniska. Kawa, rozprostowanie kości i w drogę. Na początku musieliśmy się wspiąć dość stromym stokiem ponad schronisko. Poprzedniego dnia maszerowaliśmy na zachód, dziś droga wiedzie na północ. Trasa wyznakowana jest powsadzanymi z niezwykłą regularnością gałązkami. W słabiej widoczności ciąg kijków znika w oddali. Noga za nogą, czubek narty za czubkiem. Jest niedobrze - bo plusowo. Ok. 1-2 stopni powyżej zera. Człowiek się bardziej poci, na szczęście, tego pierwszego dnia, śnieg nie klei się do fok.
Ścieżka się rozwidla. Wybieramy niestety złą drogę. To nie trudne. Skala mapy, którą się posługujemy, to 1:100 000. Mapy robi się latem. Zimą, zwłaszcza w terenie takim jak ten (połogie stoki, niewybitne szczyty), wszystko się ze sobą zlewa. Nie ma strumieni, żlebów, jeziora są zamarznięte i przykryte warstwą śniegu. Teren wydaje się gładki, równy, a ocena odległości prawie niemożliwa.


Tak więc zbaczamy na zachód, w stronę jeziora. Potem tniemy stok po nieprzetartym, niechodzonym terenie. Nic nie szkodzi - dziś zmierzamy wyłącznie na północ. Cel nasz leży na końcu jeziora, nad którym maszerujemy. Nie możemy tam nie trafić. Za to przedzieranie się po niechodzonym terenie ma swój przygodowy aspekt. Śnieg pęka, dudni i strzela pod naszym obciążeniem - bywa, że huk słychać z kilkunastu, kilkudziesięciu metrów. Nie ma obaw - nachylenie zboczy jest niewielkie. Lawiny nam nie groźne. Śnieg przez całą wycieczkę będzie taki sam - na wierzchu ok. 30-centymetrowa warstwa sprasowanych tafli, pod nią sypki cukier - nogi zapadają się w nim po kolana. To dobrze. Łatwiej kopać platformy pod namiot.
W końcu schodzimy na jezioro i wyznakowaną trasą pomykamy śmiało na północ. Ok. godz. 18 docieramy do Marbu.


Pijemy łapczywie tutejszą kranówę, rozsiadamy się nie wspaniałej werandzie przy wejściu, potem się zwijamy i odchodzimy kilkadziesiąt metrów od schroniska. W zacisznej dolince stawiamy namiot.
Tego dnia pokonaliśmy niecałe 22 km.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Z notatnika pseudopolarnika - 1.

Dwa tysiące kilometrów. Pięć państw. Dwa promy. W niedzielę ok. godz. 15 przypinamy narty do nóg, a pulki do uprzęży.
Pierwszy odcinek naszej wycieczki prowadzi w górę doliny, zaśnieżoną drogą. To ona ma nas zaprowadzić na płaskowyż (ok. 1200 m n.p.m.). Na razie jesteśmy jakieś 400 metrów niżej. Mijają nas zdziwieni Norwedzy na skuterach śnieżnych. Tak jest przez kilka godzin. Leśny dukt początkowo wiedzie po płaskim, w końcu zaczyna piąć się stromiej w górę. Dobrze, że jeżdżą tu na skuterach. Ciągnięcie sanek na skuterowym traku jest o wiele łatwiejsze.
Pierwszego dnia wychodzimy z doliny na płaskowyż, nad schronisko Kalhovd. Widzimy je, lecz rozbijamy biwak na śniegu, gdzieś powyżej, z widokiem - marnym - na zabudowania. Pierwszego dnia pokonaliśmy niecałe 16 km.

piątek, 2 kwietnia 2010

Hardangervidda

Co to? Gdzie to? Ano to po prostu największy w Europie płaskowyż. 1000 - 1300 m n.p.m. W Norwegii.
Hardangervidda

Niemal rok po powrocie z innego norweskiego rejonu, w zasadzie z dużej wyspy na S, daleko za kołem polarnym. Teraz wybieramy się na mały, kilkudniowy spacer na nartach, z sankami, pod namiot. Trochę przewietrzyć płuca.




Cel - okolice Rjukan. Lodowa Mekka wspinaczy. Co roku powstają tam dziesiątki lodospadów. Jak podkreślił mój ojciec - właśnie w Rjukan podczas II wojny światowej Niemcy produkowali ciężką wodę, która z kolei była pomocna przy tworzeniu bomby atomowej. Jednak norwescy komandosi, przeszkoleni na Wyspach Brytyjskich, wysadzili tamę w powietrze i instalację zniszczono. Komandosi kryli się na płaskowyżu Hardangervidda.

Więc w drogę! Po przygodę!

czwartek, 1 kwietnia 2010

Brak równowagi

Kiedy minęły bóle nóg po biegu, udałem się na basen.
Niestety, stan umysłu ma ogromny wpływ na uprawianie sportu. W szczególności - na koncentrację. Sprawy zawodowe wytrąciły mnie z równowagi, a to z kolei nie pozwalało utrzymać równowagi w wodzie. Trochę popływałem, ale chaotycznie.