niedziela, 17 października 2010

Spacer po górach

Z panią J.M. wybraliśmy się w Góry Świętokrzyskie.
W spacerowym tempie wdrapaliśmy się na Łysicę, a potem jeszcze kawał w stronę Św. Krzyża.
Coś około 20 kilometrów.

czwartek, 14 października 2010

Do rzeki i nazad

Bieg nad Wisłę.
W jedną stronę 29'10''
W drugą 26'
Ściąłem trzy minuty na pięciu kilometrach.
Za to tygodniowy kilometraż żałosny.
Trzeba się wziąć do roboty.

niedziela, 10 października 2010

Co za bieg!

Nie chciało mi się. Nie miałem ochoty. Zarobiony. w ciągu dnia do obiadu wino. Godzina 21. Gdzie biegać po ciemnicy?! No ale niedzielny wieczór, a ja mam niewyrobione kilometry. W tygodniu z 32 zrobiłem jedynie 16. Więc skoro pani J.M. namawia, nie wypada odmawiać.
Zasugerowała, żeby klasyczną pętelkę na 6,5 km dygnąć szybciej, nóżką zamieść nieco raźniej.
- Szaleństwo, na noc będę się męczyć - pomyślałem.
No ale ruszyła kobieta rączo, to przecież nie będę stękał w tyle.
Gniemy tak, że na pierwszym kilometrze mam zadyszkę.
Mocno, mocno, cały czas mocno. W jednej trzeciej trasy chciałem krzyknąć, żeby sobie pani J.M. sama dalej biegła w takim tempie. Ale chyba nie miałem siły gadać. Skoncentrowałem się na wypróżniani się z energii na sposób biegowy, nie głosowy. Chociaż dyszałem, ale to nie było celowe.
W połowie zaświtało mi, że jak tak dalej pociągniemy, to może jest szansa na rekord trasy i tempo po 4:30 na kilometr.
Takie tempo chciałbym utrzymać 11 listopada. Nigdy jeszcze pętelki w takim tempie nie biegłem. Ba, nigdy tu nie załamałem 30 minut. A żeby pętelkę pobiec w tempie 4:30 to całość musi zająć 29'15''.
więc postanowiłem walczyć. Co to była za walka, co za bieg!
W dwóch trzecich byłem przekonany, że da się osiągnąć ten czas! Ostatnia prosta to był już hardcore. Kobieta, jak już skończyliśmy, pytała czy przypadkiem nie mam ochoty zasłabnąć. Fakt - klęczałem na chodniku przy ulicy, co raczej zdarza się tylko żulom w tej okolicy. Ale...
Ale czas! Co za czas! 28'15''.
Dobra - trzy razy zatrzymaliśmy się na światłach i wyłączaliśmy stopery. Trwało to za każdym razem pewnie mniej niż minutę, ale jednak oddech można było jakiś złapać. Fakt też taki, że po ponownym ruszeniu 100-200 pierwszych metrów było dużo wolniejszych, trzeba było się na nowo rozruszać.
Niezależnie.
Czas zabójczy. No, mało mnie nie zabił.
Samego mnie zdziwił potencjał.
A pani J.M. - już tylko krok za mną. Niedługo to ja będę oglądać jej podeszwy.

środa, 6 października 2010

wtorek, 5 października 2010

Ka, ka, ka... baty

Nie, nie, obyło się bez batów. Ale pętelka w chyba najbardziej rozdeptanym w Polsce rezerwacie przyrody już jest tak obiegana, że aż na nudności...
Z panią J.M. w 1 00' 49''.
Nawijam kilometry.