Nie chciało mi się. Nie miałem ochoty. Zarobiony. w ciągu dnia do obiadu wino. Godzina 21. Gdzie biegać po ciemnicy?! No ale niedzielny wieczór, a ja mam niewyrobione kilometry. W tygodniu z 32 zrobiłem jedynie 16. Więc skoro pani J.M. namawia, nie wypada odmawiać.
Zasugerowała, żeby klasyczną pętelkę na 6,5 km dygnąć szybciej, nóżką zamieść nieco raźniej.
- Szaleństwo, na noc będę się męczyć - pomyślałem.
No ale ruszyła kobieta rączo, to przecież nie będę stękał w tyle.
Gniemy tak, że na pierwszym kilometrze mam zadyszkę.
Mocno, mocno, cały czas mocno. W jednej trzeciej trasy chciałem krzyknąć, żeby sobie pani J.M. sama dalej biegła w takim tempie. Ale chyba nie miałem siły gadać. Skoncentrowałem się na wypróżniani się z energii na sposób biegowy, nie głosowy. Chociaż dyszałem, ale to nie było celowe.
W połowie zaświtało mi, że jak tak dalej pociągniemy, to może jest szansa na rekord trasy i tempo po 4:30 na kilometr.
Takie tempo chciałbym utrzymać 11 listopada. Nigdy jeszcze pętelki w takim tempie nie biegłem. Ba, nigdy tu nie załamałem 30 minut. A żeby pętelkę pobiec w tempie 4:30 to całość musi zająć 29'15''.
więc postanowiłem walczyć. Co to była za walka, co za bieg!
W dwóch trzecich byłem przekonany, że da się osiągnąć ten czas! Ostatnia prosta to był już hardcore. Kobieta, jak już skończyliśmy, pytała czy przypadkiem nie mam ochoty zasłabnąć. Fakt - klęczałem na chodniku przy ulicy, co raczej zdarza się tylko żulom w tej okolicy. Ale...
Ale czas! Co za czas! 28'15''.
Dobra - trzy razy zatrzymaliśmy się na światłach i wyłączaliśmy stopery. Trwało to za każdym razem pewnie mniej niż minutę, ale jednak oddech można było jakiś złapać. Fakt też taki, że po ponownym ruszeniu 100-200 pierwszych metrów było dużo wolniejszych, trzeba było się na nowo rozruszać.
Niezależnie.
Czas zabójczy. No, mało mnie nie zabił.
Samego mnie zdziwił potencjał.
A pani J.M. - już tylko krok za mną. Niedługo to ja będę oglądać jej podeszwy.
niedziela, 10 października 2010
środa, 6 października 2010
wtorek, 5 października 2010
Ka, ka, ka... baty
Nie, nie, obyło się bez batów. Ale pętelka w chyba najbardziej rozdeptanym w Polsce rezerwacie przyrody już jest tak obiegana, że aż na nudności...
Z panią J.M. w 1 00' 49''.
Nawijam kilometry.
Z panią J.M. w 1 00' 49''.
Nawijam kilometry.
niedziela, 3 października 2010
Siłownia na pagórkach
Wybrałem się do Falenicy na pagórki, by siły zasiły móc wzmóc.
Trzy pętle, czyli jakieś 10 km.
Razem z dobiegiem od auta siłownia zajęła 1 08'
Na pierwszej pętli (ok. 23') nieco musiałem pokluczyć w poszukiwaniu właściwych ścieżek. Kolejne dwie pętelki odpowiednio - 22'42'' i 19'33''.
Piękna pogoda.
Czas podsumować pierwszy tydzień przygotowań do 11 listopada.
Biorąc pod uwagę, że wcześniej jakoś nie biegałem, tydzień mogę policzyć z ubiegłą niedzielą.
A więc w kilometrach będzie: 6 + 9 + 6,5 + 10.
Razem 31,5.
Akurat.
Trzy pętle, czyli jakieś 10 km.
Razem z dobiegiem od auta siłownia zajęła 1 08'
Na pierwszej pętli (ok. 23') nieco musiałem pokluczyć w poszukiwaniu właściwych ścieżek. Kolejne dwie pętelki odpowiednio - 22'42'' i 19'33''.
Piękna pogoda.
Czas podsumować pierwszy tydzień przygotowań do 11 listopada.
Biorąc pod uwagę, że wcześniej jakoś nie biegałem, tydzień mogę policzyć z ubiegłą niedzielą.
A więc w kilometrach będzie: 6 + 9 + 6,5 + 10.
Razem 31,5.
Akurat.
sobota, 2 października 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)